RSS
sobota, 12 listopada 2011
przepis mojej znajomej Ammiany

Nie pisałam ostatnio często, ale blog się przydał do czegoś większego, bo poniższy przepis posłuży jeszcze niejednemu kucharzowi :)

 

Placki ziemniaczane z gulaszem

 

-placki ziemniaczane

 

1,5 kg. Ziemniaków

1 szkl. Mąki

1 łyżeczka proszku do pieczenia

2 jajka

½ marchewki

1 cebula

sól, pieprz, maga

 

-gulasz

0,5 kg mięsa mielonego wieprzowego

sól, pieprz, maga

1 cebula

3 ząbki czosnku

½ marchewki

1 łyżka mąki

1,5 szkl. wody

gęsta śmietana lub serek dobrze drobno zmielony.

  

Ziemniaki zetrzeć na tarce jarzyniarce pól na dużych oczkach a resztę na mniejszych.

Dodać jajka, pr. do pieczenia, marchewkę startą na małych oczkach, cebule pokrojoną w drobna kostkę, mąkę i przyprawy Wyrobić dobrze i odstawić tak na 15 min...

W międzyczasie przygotować sos.

Podsmażyć cebulę pokrojona w kostkę razem z tartą marchewką.

Dodać mięso mielone i smażyć jeszcze 30 min. na wolnym ogniu...

Na patelni rozgrzać olej do smażenia i smażyć placki porcjami... wielkość wg upodobania smakoszy.

Do mięsa dodać ok. szklankę wody i dusić jeszcze 20 min,

doprawić do smaku, zagęścić sos zawiesina z mąki i wody, pogotować 5 min.

Polać placki ziemniaczane sosem mięsnym, na koniec można udekorować łyżką śmietany lub serka.

SMACZNEGO

18:36, ciekawazycia
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 17 października 2011
rozbicie

Przychodzi taki moment w życiu kobiety, że musi wrócić do czegoś od czego odeszła. Często motywuje ją do tego jakiś impuls, coś, co raczej się w życiu nie zdarza, ale jak już się zdarzy, to daje dużo do myślenia. Mnie wróciło do pisania bloga, a tym impulsem jest wyjazd przyjaciela do Afganistanu na wojnę. 

Ano wojskowym jest. Mówi, że jego zadaniem jest wykonać rozkaz, a skoro taki rozkaz dostał, to jedzie. Nie sądziłam, że będę tak bardzo przeżywać. Jakaś rozbita jestem. Nie mogę się skupić, ani cieszyć, nie mogę już nawet płakać, by nie marnować łez, w razie gdybym musiała go opłakiwać. On jutro leci. Na cztery miesiące. Wiedziałam, że dziś muszę napisać, bo obiecałam sobie i innym, że jak on już wyjedzie, to przez czas jego misji nawet o nim nie pomyślę. Wszystko po to by się bronić przed lękiem straty. Pewnie mi to nie wyjdzie. Może mówić nie będę, ale myśleć... Ciężko panować nad myślami. Szczególnie wtedy jak człowiek żyje w stresie. 

Znalazłam sobie kilka dodatkowych prac, przynajmniej raz na jakiś czas. Więcej się spotykam z ludźmi i mam więcej ćwiczeń i fitness i siłka. Znów wróciłam do diety i muszę mieć czas na gotowanie. Wszystko po to by czymś zająć głowę, a na koniec dnia być tak padniętym by tylko położyć głowę do poduszki i zasnąć.

Ostatni raz tak miałam jak mąż mi wyjechał, w lecie, na dwa miesiące i musiałam się przyzwyczaić do powrotów do pustego domu i zimnego łóżka. Nie bałam się jednak o niego. Sama nie wiem czemu. Wiedziałam, że nie muszę i się nie bałam. Teraz mam złe przeczucia. Jakieś obawy, choć właściwe nie uzasadnione.

Przyjaciel, ten który wyjeżdża, opowiadał nawet ostatnio, że jego kolega pojechał na wojnę i przeżył. Wrócił do domu. Za kasę zarobioną w armii kupił se nowe auto i zginął w wypadku samochodowym trzy dni później. Jak widać, co komu pisane. 

Już nie zmienię niczego, moje zamartwianie się też niczego nie zmieni. Będę żyła i czekała. To w końcu tylko cztery miesiące. A potem będę żyła i cieszyła się po jego powrocie. Jeszcze tyle mamy sobie do powiedzenia. Przynajmniej ja mam. Obym miała ku temu okazję jeszcze tu na ziemi. 

21:43, ciekawazycia
Link Dodaj komentarz »
środa, 18 maja 2011
spadające kwiatki

Dziś pierwszy dzień pracy po urlopie. O urlopie napiszę jutro, bo dziś już późno. O ślubie mogę dziś słów kilka, bo właściwie za dużo pisać nie można o czymś, co trwało 3,46min ;)

Wpadliśmy do urzędu ubrani tak zwyczajnie, że urzędniczce nawet do głowy nie przyszło, że my to młodzi. Państwo młodzi tak zwani. Było tak luźno, że urzędniczka nr 2, która z ramienia prawa dała nam urzędniczy ślub, tak się wyluzowała, że przy nas jeszcze togę, czy jak to się tam nazywa, zdjęła i skróciła przemowę do minimum. Potem jeszcze do nas zagadała już na korytarzu, a dziecku świadków rękę podała. On co prawda nie odwzajemnił uścisku, ale dwu latkowi można wybaczyć nieśmiałość. Na koniec w dziwnym korytarzu, który robił za magazyn, mąż mnie przewiózł na wózku, chyba towarowym. Radośnie było. Przejechałam tak nawet przez próg, bo mąż mój stwierdził, żem za ciężka i ręcznie by nie dał rady. Potem poszliśmy do sklepu, bo w domu nic nie było poza tortem i winem greckim. Oj świętowaliśmy ze świadkami weekend prawie cały. W sobotę poszliśmy oglądać tańczące fontanny na Podwalu i to, to dopiero było przeżycie. W niedziele świadkowie znów wpadli na końcówkę tortu i kawę i dużo co dobrego się pokończyło. 

Potem przez dwa dni latałam po urzędach i zmieniałam nazwisko na dokumentach. A dziś do pracy. Rano tak strasznie mi się wstać nie chciało, że gdyby nie fakt, że mam mało urlopu, to bym nie poszła. Zwklekłam się jednak i już na samym początku dnia przygód wiele. Popsuty tramwaj. Brak bajaderek w sklepie. Zacięte drzwi do pokoju w pracy. I co najważniejsze spadł mi kwiatek jakieś 3 cm od głowy.

Jak mnie nie było w pracy, to kwiaty były ściągnięte na dół, coby je łatwiej było podlewać. Jak wróciłam, to kwiata wsadziłam w powrotem na kwietnik wiszący na ścianie. Kwiat tam posiedział ok. 15 min. i stwierdził, że jednak mu się nie podoba. To w ogóle jakaś masakra była. Ja se stoję opowiadam o tym, co mnie spotkało przez ostatnie 3 tygodnie, a tu nagle kwiat spada. Tak za mną zaraz. Jakbym się cofnęła minimalnie tylko, to by mi zleciał na głowę. No i jak tu nie wierzyć w Opatrzność!? No normalnie się nie da.

Do końca dnia nie zrobiłam prawie nic, bo to taki standard, że jak idę na długi urlop, to ten pierwszy dzień po powrocie, to takie przyzwyczajanie się do otoczenia. Lepiej jak nic wtedy nie robię, bo błędów tyle jestem w stanie wyczynić, że można by na mnie znaleźć conajmniej 10 paragrafów do zwolnienia.

Wieczorkiem jeszcze przepyszny obiadek przygotowałam na jutro kurczakowo-pulpecikowy taki. Wszystko dietetyczne. A to oznacza, że znów podejmuję walkę z nadwagą. No, zobaczymy na ile zapału mi starczy.

Wam życzę by zapał był waszym drugim imieniem, by nie skończyć na wózku przy okazji poślubnego progu. 

23:00, ciekawazycia
Link Dodaj komentarz »
sobota, 30 kwietnia 2011
uczulenie na lotnisku

Po zakończeniu przyjmowania antybiotyku wystąpiło mi uczulenie. Może to wcale nie wina antybiotyku, ale się zeszło w czasie, więc zwalam na antybiotyk. Sprawa jest o tyle ciężka i nieprzyjemna, że jutro wylatuję za granicę i boję się, że mogą się czepiać przy odprawie. Nigdy nie wiadomo, co takiemu urzędnikowi przyjdzie na myśl, kiedy zobaczy moją obsianą krostami twarz. Miejmy nadzieję, że nic.

Od piątku na wolnym siedzę, żeby się ze wszystkim wyrobić przed wyjazdem, a i tak większość zostanie mi na jutro, bo w między czasie M. wyjeżdżał i tylko na tym się skupiałam, potem mi się jeszcze na zakupy iść zachciało i z ludźmi pospotykać i koniec końców z pakowania nic nie wyszło. Z drugiej strony jednak ile można się pakować na 10 dni jadąc do cywilizacji, gdzie można sobie kupić wszystko, czego ci zabraknie.

Śnią mi się w nocy koszmary, że nie byłam spakowana, a wylot mamy w środku nocy i dzwonią do mnie z lotniska,  że mam natychmiast przyjechać, bo samolot już tylko na mnie czeka, a ja mówię, że nie przyjadę, bo jak mogę tak bez niczego, bez spakowanej walizki i się rozłączam i idę spać dalej :)

Wydaje mi się, że gdyby to nie był sen, to bym wrzuciła do walizki, co bym miała pod ręką i szybko taksówką tam dojechała. W nocy nie ma korków, więc nie ma bólu. Szczególnie, że zbiórkę mamy o czwartej, a wylot o szóstej rano. A zazwyczaj jak się ktoś nie stawi 30 min po rozpoczęciu zbiórki, to już dzwonią i się pytają, co jest powodem spóźnienia. Po co się więc tym przejmować. Płacisz im za to, żeby to oni się przejmowali. I to jest największy luksus jeżdżenia na wycieczki zorganizowane.

A teraz się już oddale do łoża. Muszę wypocząć, bo jutro spać, to nie będę za dużo, a jeszcze parę rzeczy zostało do zrobienia. Muszę M. dom przygotować, co by mu się miło wróciło. Niestety się rozminiemy o kilka godzin i nie dane nam będzie się pożegnać. To nasze pierwsze wielkie rozstanie od czasu poznania. Takie na dłużej niż dwa dni. Przyznaję, że mi trudno, ale pewnie tak nam biuro czas zorganizuje na wyjeździe, że nie będę miała czasu o M. myśleć.

Życzę wam słońca na nadchodzący czas, bo już na noc okno przymykam w powiewie zimnego powietrza nie wytrzymując.

22:35, ciekawazycia
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 24 kwietnia 2011
święta i radość z dzielenia się

Cały tydzień na zwolnieniu. Nakupiłam jedzenia jak na wielki kryzys i tylko odmrażam i gotuję. Dostałam antybiotyk, ale nie pomógł mi za bardzo, więc trzeci tydzień, już zatabletkowany, leżę i choruję. I pomyśleć, że lekarka nie chciała mi dać zwolnienia, bo stwierdziła, że nie jestem aż tak bardzo chora. A ja już trzy tygodnie się męczę. Przez ten tydzień gotuję, śpię, sprzątam, śpię i tak na okrągło. No i jeszcze dostałam jakiś krost i mam problemy z żołądkiem. Chyba jako reakcję alergiczną czy coś w tym stylu. Jak można mi było powiedzieć, że nie jestem wystarczająco chora na zwolnienie!?

No ale już nie biadole. Wysłuchałam wszystko, co w necie "polskim" znalazłam z twórczości Joyce Meyer. Ona to jednak mądrze gada. Między innymi o tym, że nazywamy siebie chrześcijanami, ale żyjemy jak poganie. Można przynależeć do kościoła przez kilkadziesiąt lat i Boga nie znać. Bo jak już poznasz Boga, to się wszystkim cieszysz. We wszystkim widzisz Jego znaki. We wszystkim chcesz być Mu podporządkowany. Bo wiesz, że to najlepsza droga dla ciebie. Myślę, choć mylić się mogę, że ta choroba tak długo we mnie siedzi, bym sobie odpuściła wiele rzeczy. Nie muszę się wszystkim zajmować. Nie muszę wszystkiego kontrolować. Przede wszystkim nie muszę się o wszystko martwić.

Nie martwię się już zatem. Mam wszystko, co jest mi niebędne do życia. A tego, co zbędnę nie potrzebuję. Modlę się więcej i słucham prawdziwych historii z Głosu Ewangelii. No i do Pisma częściej zaglądam, bo jakąś taką potrzebę wielką mam. Jeśli Bóg potrzebuje mej choroby bym się do niego tak zbliżała, to niech mi ją zostawi.

Słucham właśnie o pewnym bezdomnym, co sprzedaje znalezione butelki po piwie, a z pieniędzy za to uzyskane kupuje znaczek pocztowy, nakleja na koperte i wkłada do paczki, w której są rzeczy od różnych ofiarodawców, którą wysyła biednym ludziom. Z czego on żyje? Z dobroci od ludzi, którym pomaga i  ludzi, którzy chcą mu pomagać bezinteresownie.

Zadzwoniła do mnie z życzeniami na święta koleżanka. Nie widuję się z nią zbyt często, bo jakoś tak wychodzi, że się nie możemy dograć czasowo, więc spytała przy okazji, co u mnie słychać i nim zdążyłam odpowiedzieć, to ona do mnie czy pracę zmieniłam i ja mówię, że nie, więc ona do mnie, że ona też nie i że przez to nasze życie jest okropne. Miałam jej powiedzieć, że moje życie nie jest okropne. Mam wspaniałego męża, mieszkanie, motór, swą pracę też lubię, ale ona mi już na to nie pozwoliła. Narzekanie przesłoniło jej mój pozytywizm. Nie umiała się nawet cieszyć tym, że Jezus umarł za jej grzechy i wystarczy, że przestanie narzekać i przyjmie do serca tą radosną nowinę, a jej życie się zmieni. Myślę jednak znając ją już ok. 7 lat, że ona nie chce się zmieniać, chce tylko narzekać, więc jej na to pozwalalam, nawet w tak radosnym dla mnie okresie życia.

Niesamowite, że ci co mają dużo narzekają, że ciągle im czegoś brakuje, a ci co nie mają prawie nic potrafią się i tym podzielić. Życzę wam na święta byście i wy potrafili się takimi ludźmi stać.  

13:29, ciekawazycia
Link Dodaj komentarz »
sobota, 16 kwietnia 2011
DHL i choroba

W poniedziałek poszłam do pracy i już czułam, że ze mną źle się dzieje. Niby to tylko kichanie i lekki katarek, ale wibracje wielkiej choroby czuć było w powietrzu. Oj było czuć. Zamówiłam kuriera.  Miało być z dostarczeniem tego samego dnia, ale walnęli mi kwotą ok. 1000 zł i zrezygnowałam.

Kurier miał przyjść do godz. 12.00, we wtorek, a M. miał jechać na miasto coś załatwiać, więc wzięłam dzień wolny. Dobrze się stało, bo choroba nie dawała za wygraną. Gorączka mi się podniosła, więc tylko leżałam i starałam się nie zasnąć by nie przegapić przesyłki. Kurier nie przychodził i nie przychodził, więc zadzwoniłam na infolinię by ustalić, co się dzieje. Dowiedziałam się, że zamówienie zostało źle zrealizowane i że kurier ma przyjść do końca dnia roboczego, czyli do godz. 20.00. Zdenerwowałam się bardzo jak mi gość na infolinii powiedział, że wcale nie zamawiałam droższej przesyłki z wcześniejszym dostarczeniem. Po małym starciu słownym, powiedział, że jednak zamawiałam, ale osoba nadająca przesyłkę, czyli moja teściowa, powinna kurierowi przypomnieć, że to ta droższa przesyłka. Mówię gościowi, że wcześniej mnie nie informowano o tym fakcie. Powiedziano mi, że przesyłka zostanie z Krakowa odebrana i dostarczona do mnie do godz. 12.00. Miało mnie to kosztować ok 50 zł.

Mówię sobie no jak nie dotarł, to nie dotarł, no już trudno i tak do urzędu dziś nie dotrę, bo za późno, więc będę cierpliwie na kuriera czekać.

Tym razem na infolinii mówią mi, że przesyłka będzie mnie kosztować ok. 28 zł. Bóg, wie jak było to dla mnie ważne. A ponieważ Bóg ma poczucie humoru, to kurier zjawił się dopiero o godz. 22.20. Co więcej nie wiedział, że to płatne przy odbiorze. Gdybym go nie zatrzymała, to by poszedł bez pieniędzy. Nie wiedział jaką cenę ma ode mnie pobrać, bo nikt mu tego na przesyłce nie napisał. Zadzwonił gdzieś, albo tylko udawał, że dzwoni i podał cenę ok 37 zł.

W normalnej sytuacji bym dała 28 zł, nie dała bym napiwku i jeszcze nakrzyczała. Bóg jednak czasem bierze mnie na litość i tak też się stało i tym razem. Kurier, który mi tą paczkę przywiósł był cały przemoknięty i zmarźnięty. Miał ręce w smarze, bo wg tego, co powiedział, popsuł mu się samochód. Było blisko 22.30, a on miał jeszcze kilka paczek do rozwiezienia. Na koniec jeszcze dodał, że jutro na 6 do pracy mimo, że dziś miał nadgodziny i mnie tym rozbroił. Nie umiałam obojętnie przejść obok takiej historii. Zapłaciłam i nawet dałam napiwek. Taka właśnie miękka jestem.

Koniec końców środę też miałam wolną. Na to akurat nie narzekałam. Poszliśmy do urzędów prawie z rana. Pojęcie "rano" M. ma trochę inne niż większość ludzi, bo wstaje o godz. 11.00. Tak czy siak poszliśmy do urzędów i mimo kilku kolejek i czepialstwa kilku urzędasów udało nam się wszystko załatwić. TADA!

A potem to już powrót do pracy i męczarnie z chorobą. Jakoś nie chce mi odpuścić do dziś. Właściwie to zamiast leżeć w domu w łóżku, to ja latam wszędzie gdzie się da. Wczoraj M. miał debatę z filozofem-ateistą, kawał drogi od nas, ale nie mogłam się powstrzymać i nie iść. Tam mnie przewiało jeszcze i dziś znów mi trochę gorzej. Posprzątałam jednak i obiad ugotowałam, bo ja nie umiem nic nie robić. No chyba, że oglądam seriale w necie, ale strona mi teraz nie działa, więc odczytałam, to jako znak, że mam się wziąść do pracy. Zresztą wiele mam takich znaków. A już obok czegoś tak dosadnego nie można przejść ot tak sobie.

Oj rospisałam się dziś. Kończę, więc już prędko i życzę wam by was choroba niedopadła, bo budzenie się cztery razy w nocy, bo cię męczy katar najprzyjemniejsze nie jest.

22:01, ciekawazycia
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 10 kwietnia 2011
bałagan i ustawowo wolne

Heh. Mam nową myszkę i nową klawiaturę na której się jeszcze ciężko pisze. Dziwne to uczucie mieć coś nowego i być pierwszym, który to wypróbowuje. Jak dotąd nie potrzebowałam własnej i nowej, więc teraz się tym nacieszam.

Jak już pisałam ostatnio wiele rzeczy nowych kupiłam i nim się obejrzałam zawaliły mi mieszkanie. Do tego doszło kilka bierzących rzeczy i kataklizm gotowy. Bałaganowy kataklizm. Czym w ogóle jest bałagan, a raczej warto sobie postawić pytanie skąd się bierze?

Bałagan robi się wtedy, kiedy się przestaje odkładać rzeczy na ich pierwotne miejsce, albo jak przyjdą nowe i się ich nie poukłada i nie nada im się miejsca. Jak się nie powyrzuca tego, co zbędne. No i jak się robi wszystko naraz np przy sprzątaniu. Każdy kto choć raz robił generalne porządki wie, że żeby był porządek najpierw trzeba zrobić bałagan. Dziś miałam się ograniczyć tylko do odkurzenia i umycia podłóg, ale zrobiwszy to każdy inny brud zaczął mi przeszkadzać, więc wysprzątałam prawie generalnie. Wszystkiego nie udało mi się zrobić, bo M. nie wyjechał w końcy na weekend i prawie cały czas był w domu, a przy nim sprzątanie to koszmar, więc tego nie praktykuje.

Wczoraj byłam ze znajomymi i dzieckiem w Grocie Solnej. Normalnie po pracy wpadam na seans tylko dla dorosłych, ale tam mi się trochę nudzi. Z dzieckiem, to co innego. No i jeszcze jak się ma z kim pogadać, to już w ogóle fantastycznie. Nie zauważyłam, kiedy te 45 min minęło. Za tydzień znów się wybieramy. Szkoda, że M. nie chodzi ze mną na masaże czy do groty, byłoby o wiele zabawniej. Może kiedyś do tego dojrzeje.

No i na koniec się jeszcze pochwale, że moje kilogramy znów spadają w dół. No i pożyczę wam jeszcze lata, bo póki co, to znów wracamy do jesieni.

Ps. dowiedziałam się ostatnio, że 02.05 zrobili ustawowo wolne, a za to odpracowanie mamy 14.05.

He, he. Śmieszne to wszystko, że jak już nam się udało zaklepać termin ślubu na 14.05. to mi każą wtedy pracować. Nie wiadomo jednak czy i ten termin uda nam się zrealizować, bo siostra M. źle zaadresowała list z odpisem urodzenia M. i fizycznie go jeszcze nie mamy, a do USC w Warszawie musimy go donieść do 13.04. Powoli zaczynam myśleć, że to wszystko jest nam niepisane.

23:21, ciekawazycia
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 05 kwietnia 2011
cud dieta i Jerusalem

Ciekawe to jest, że jak się człowiek odchudza, to niemalże w każdym miejscu, w którym się pojawi widzi reklamę jakiegoś cudownego produktu, przy który można jeść dalej, co się jadło i nic nie ćwiczyć, a waga ci spadnie 50 kg w tydzień. Każdy by tak chciał. Ja też oczywiście bym chciała. Nie korzystam jednak z tej opcji, bo to zgubne. Po pierwsze środek taki uzależnia, po drugie, to bardzo krótkotrwałe. Ja znów na Dukana się przerzuciłam. Gotuję sobie coraz to nowe cudeńka. Jedne są dobre inne nie. Próbować zawsze można, bo zabawy przy tym wiele. Chyba zacznę jeszcze na siłownie chodzić. Na fitness nie mam siły, ale posiedzieć na rowerku pół godziny dziennie - to może mi się udać.

Nakupowałam dużo różnych rzeczy i teraz mi przychodzą systematycznie do domu. Zaraz po SPA, to właśnie zakupy cieszą kobietę najbardziej, więc nastrój mam jak rozkwitająca róża.

Jutro na grotę solną idę. W piątek może na masaż się przejdę. Na weekend M. wyjeżdża, więc obowiązki domowe zostawiam na czas jak go nie będzie. Po pierwsze muszę mieć jakieś zajęcie by za nim nie tęsknić, a po drugie jak M. nade mną nie stoi i nie mówi: tego nie ruszaj! co robisz z tmi kabelkami? co mi tu znowu psujesz? to sprząta mi się szybciej, lepiej i przyjemniej. Jakieś przemeblowanie trzeba zrobić, bo już mi się znudziło tak jak jest. Póki co jednak trochę pooszczędzam, bo euro idzie w górę, a ja muszę dużo nakupić by w Grecji sobie poszaleć. Bo przecież nie po to się wyjeżdża na urlop by liczyć każdy cent, nawet ten grecki.

Na koniec powiem, że znów się zakochałam. Ty razem w zespole Soweto Gospel Choir, a właściwie w jednej z ich piosenek o tytule Jerusalem. Zostawiam was z tą piosenką w tą piękną ciepłą noc i odchodzę taneczno-bujanym krokiem.

22:32, ciekawazycia
Link Dodaj komentarz »
sobota, 02 kwietnia 2011
pusty talerz

Ostatnio sobie zażartowałam, że z ciążą jak z okresem, jest zaraźliwa i wszystkie ją mają w tym samym czasie. Niewiele się pomyliłam, bo w pracy już dwie w ciąży. Trzecia się bardzo przymierza i pewnie niedługo też na to zachoruje. Czemu zachoruje. Bo teraz jak zachodzisz w ciążę, to idziesz na zwolnienie. Jest powiedzenie nawet takie: "ciąża to nie stan, ciąża to choroba". Coś w tym jest, coś w tym jest.

Póki co nie robię nic więcej ponad moją pracę, ale to pewnie kwestia czasu. Teraz jeszcze swojej pracy mam dużo, więc nikt mnie nie rusza, ale zobaczymy, co będzie dalej, zobaczymy.

Dość myślenia o pracy. Po co się martwić na przyszłość. Mogę nawet do poniedziałku niedożyć, a co dopiero o następnych miesiącach myśleć.

Pogoda się ładna zrobiła. Rower trzeba odkurzyć. Może jutro się z M. wybierzemy na przejażdżkę. Na nowo zaczęłam odchudzanie, więc każdy ruch mi się przyda.  Zapisałam się też na masaże antycelulitowe. W desperacji człowiek każdej deski ratunku się łapie.  No i jem mniej i na ćwiczenia wracam. Jeśli nie na fitness, to przynajmniej na siłownię.

A dziś urodziny mamy obchodziłam. I zaprosiła nas do siebie. Ja pojechałam, a M. nie. I ja tak sobie siedzę przy stole i jem i patrzę, że obok mnie pusty, czysty talerz. I tak mi się przykro zrobiło, że wszyscy na M. czekali, a on nie przyszedł, że dzwonię do niego i mówię, że talerz na niego czeka i żeby przyszedł. Na szczęście to tylko 10 min drogi, więc M. na rower wsiadł i przyjechał. Poszliśmy razem życzenia złożyć i miło bardzo było. I talerz już nie był pusty, ani czysty, bo od razu wszyscy M. nakładali jedzenie i polewali wina.

Morał z tego taki, że brudna duża ilość naczyń oznacza brak samotności i tego wam dziś życzę.

23:30, ciekawazycia
Link Dodaj komentarz »
środa, 30 marca 2011
fale, podskoki i Australia

Od rana postanowiłam być miła, bo raz na jakiś czas to nawet tak wypada. Przed pracą posprzątałam M. kuchnie, co by miał sobie gdzie śniadanie zrobić. Potem w tramwaju ustąpiłam starszemu panu miejsce. Jakiś czas temu pomogłam też jednemu interesantowi tak, że nie musiał lecieć z Australii, co by się stawić u nas osobiście.

Tak, tak, niektóre biurwy też potrafią być miłe. Pewnie są i takie, co są miłe cały czas. Ja jednak jestem tylko człowiekiem, więc miłość we mnie narasta falami.  Falami też odchodzi.

Dziś się okazało, że czasem tak niewiele trzeba by komuś zrobić przyjemność, a jeszcze mniej potrzeba by dobro do ciebie wróciło. Np. jak tylko odstąpiłam miejsce dziadkowi z innego miejsca ktoś wstał i ja mogłam usiąść. Jak posprzątałam, to M. mi naprawił kompa i już mogę pisać bloga w domu. Jak byłam miła dla interesanta, to on mi przysłał, na adres pracy, kartkę z Australii z przepięknymi kangurami. Wolałabym coprawda bilet lotniczy ;)ale dobre i to.

W takich momentach tak wyraźnię czuję dłoń Boga, że aż czasem mnie boli tak mocno mnie ściska. To jednak przyjemny ból, trochę łaskoczący tylko, więc niech robi to jak najczęściej. W ogóle jakaś taka uśmiechnięta cały dzień chodzę. Właściwię to skaczę. Już nie pamiętam, kiedy ostatnio chodziłam w podskokach, albo kiedy widziałam dorosłego, który się tak porusza.

Czasem dobrze wrócić do bycia dzieckiem. To taki beztroski czas. Więc jak? Przyłączysz się dziś do mnie? Poskaczemy trochę?

21:00, ciekawazycia
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16